W górę

Proza poetycka

PONIEDZIAŁEK...

 "Każdy dzień jest podróżą przez historię"

(Jim Morrison)

 

 

I znowu poniedziałek… „Właściwie życie składa się z samych poniedziałków” – pomyślała. Może kiedyś przestanie tęsknić i w końcu tydzień będzie składał się z różnych dni, takich jak wtorek, środa i czwartek. Może wtedy będzie także „weekend” z ukochanym piątkiem i radością, którą daje sobota i niedziela.

Dzisiaj jest poniedziałek, taki dzień, którego nie lubi się najbardziej. Dzwoni budzik, jak co dzień po omacku szuka kapci, trzeba obmyć twarz, przejrzeć na oczy. Zimno jej kiedy rano wstaje, nakłada ciepły sweter. Jeszcze tylko poranna kawa i poczuje, że żyje, może nawet uda jej się znaleźć wczorajsze myśli? Potem biegnie, dopijając resztki kawy z papierowego kubka, by nie spóźnić się na pociąg. Znowu siedzi na schodach żelaznego, pędzącego z zawrotną szybkością pojazdu. Nazywa go pociągiem "do nikąd" lub „na koniec świata”. To czas tylko dla niej, taki darowany czas na myśli. Skupiona, jakby pochylona nad swoim sercem, zastanawiała się, czy kiedyś przestanie tęsknić? Chciałaby się schować w sobie bez reszty i przestać cierpieć. Rozejrzała się dookoła, niewidoczna dla innych. Jej oczy powędrowały w stronę schowanej za czarnymi okularami kobiety w różowej marynarce. O czym myśli? Siedzi obok na schodach tak zupełnie niepoważnie ubrana w różową marynarkę. Czy jest szczęśliwa? Wyjmuje telefon komórkowy i dzwoni. Ciekawe do kogo, a może jest samotna? Pociąg pęka w szwach, tylu ludzi zatopionych we własnych myślach, problemach i przeżyciach. Skupieni nad swoimi laptopami czy gazetami zupełnie nie widzą jej oczu pełnych łez. Nic to nie da, bo w takim miejscu nie można się wypłakać. Nawet jeśli pozwoli popłynąć łzom po policzkach, to i tak za chwilę będzie musiała wstać i pokazać się innym zmierzającym do pracy ludziom. Nie, nie będzie płakała!

Mimo woli otarła nabrzmiałe łzami kąciki oczu. Nie, nie teraz, nie w takim miejscu! Zakopana w tłumie ludzi razem ze swoją wrażliwością, już nawet nie warczy na tych obok, chciałaby tylko by te łzy, to ogólne rozdrażnienie minęło, żeby dało jej spokój złe samopoczucie.

Myśli uniosły ją dalej, wsłuchana w miarowy stukot kół dopiero teraz zrozumiała wiersze Miłosza. Właśnie tutaj, na stopniach pociągu zrozumiała jego wersy o tęsknocie i bólu, zwykłej codziennej radości, o mowie ojczystej, która dla niej święta, jest także mową morderców i zdrajców. Zrozumiała po latach. Tak jak wszystko, tak i to zrozumienie przyszło do niej zbyt późno... Rozejrzała się, wokoło ludzie z problemami, niezdrowi, niesympatyczni i bez uśmiechu. Ze strachu nie potrafią patrzeć nikomu w oczy. Pociąg do nikąd miarowo stuka kołami o szyny życia. Wypełniony pasażerami po brzegi, do granic wytrzymałości stalowej konstrukcji bez serca i duszy, bez litości i współczucia, bez miłości... A jednak pędzi przez życie przebojem, do bólu w stalowych piersiach. Z kolanami pod brodą pisze - ona - poetka od siedmiu boleści... Wsłuchana w stukot kół otacza myślami przestrzeń, otwiera świat, kołysze wspomnienia, a emocje zamyka na czetry spusty niepamięci. Umalowała twarz, już nie widać śladów łez, włożyła na nos okulary. Fotochromy skrzętnie maskują czerwień oczu, których nie udało się jej zlikwidować. Włożyła na twarz uśmiech, a na głowę czapkę z daszkiem. Ruszyła śpiesznie do wyjścia wśród ludzi, którzy pewnie myślą, że ona taka szczęśliwa, że świat należy do niej. Niech myślą! Tylko ręce tak dziwnie zimne i drżące. Teraz musi przejść na przystanek autobusowy.

Pierwsze promyki porannego słońca przenikają przez szyby autobusu. Mija wieżowce, kolorowe wystawy sklepów. Autobus linii 157 pochłania jej myśli pisane w małym białym notesie własnych wyobrażeń. Dobrze, że zdążyła, ten chłopak z słuchawkami na uszach zupełnie się nie spieszył tarasując całe przejście, a ona musi na ósmą! Tylko kogo to obchodzi? Autobus dociera do celu, a życie do kresu... Tak, ono też dotrze, w swoim czasie lub nieco później, tak jak ona w ten poniedziałkowy poranek.

Taka cudna jest jsień w tym roku, choć często smaga deszczem nagie policzki pomników, a wiatrem rozwiewa włosy przypadkowych przechodniów. Piękna jest, taka swojska, niedoskonała, jak ja - pomyślała. Pani z chustką na głowie stoi na przystanku i płacze... Co się stało? Nikt nie śmie zapytać. Tyle bólu, ile w człowieku zmieścić się może... Tyle bólu! Chciałoby się krzyknąć „Czapki z głów przed wszechogarniającym bólem widocznym w oczach tej kobiety na przystanku”. Autobus ruszył jakby nic się nie stało, nie było łez i cierpienia tak wielkiego jak nieskończoność. Wiatr szumi w uszach, zrywa chustkę z głowy, a ona patrzy i nic nie widzi, słowa zamarły na jej ustach niewypowiedziane. I tylko te łzy jak diamenty ranią patrzących prosto w serce...

Wtulona w samą siebie, w swoje myśli smutne jak łzy tej nieznajomej kobiety, która została na przystanku, dotarła do celu. Teraz jeszcze tylko trzeba wyjść w deszcz i zostawić autobus jadący do nikąd. Odjechał ospale, jakby chciał się zatopić w trwaniu do wiosny. Deszcz, wszędzie deszcz. Kapie stukając miarowo w bruk. Deszcz potrafi wejść do wnętrza, do środka duszy. Szła wolno, a oni grali. Cudowny moment niewyspania, kiedy w duszę człowieka tak bardzo uderzają słowa. O tej porze na ulicy? Zimno przecież. A oni grali, jakby znaleźli się tutaj z zupełnie innej bajki. Ludzie wtuleni w kołnierze, opatuleni szalikami z ogromnymi parasolami nad głowami, przemykają ulicami. Szybko, prawie biegnąc, rozcierają zmarznięte ręce. A oni grają siedząc w bramie chroniącej ich przed deszczem. Może właśnie dla nich zatrzymał się czas? Może są Aniołami, które chcą uczynić ten poniedziałek łatwiejszym? Tylko czy Anioły mieszkają w wielkich miastach? Czy potrafią patrzeć swym ciepłym wzrokiem i nagradzać dobrym uśmiechem śpiewając?

Wreszcie dotarła nad jezioro. Wzburzone fale uderzały o brzeg z impetem. Kochała to jezioro właśnie takie jesienne, szare i krzyczące: „ Pokochaj mnie, a nabiorę barw, złagodnieję, uśmiechnę się do ciebie falami.” Jesienne jezioro bijące się z myślami, ukrywające swoje piękno. To niesamowite uczucie patrzeć w oczy jeziora. Są takie dni, które nie mówią, tylko patrzą... W końcu otworzyła znajome drzwi, ale było jej nadal zimno. Włączyła ogrzewanie i rzuciła się w wir pracy zapinając dokładnie ciepły wełniany sweter. Tak mijał dzień. Czasem tylko spojrzała na jezioro z wysokości 80 piętra, zachwyciła się, uśmiechnęła do siebie i znowu skupiała się na pracy...

 

Było jej zimno, kiedy wracała do domu. Wiedziała, że wystarczyłoby jedno ciepłe słowo, by ogrzać, tak od środka. Było jej zimno, bardzo zimno. Z rękoma w kieszeniach szła na przystanek autobusowy. Ludzie mijali ją obojętnie. Wpatrzeni w siebie „przechodnie życia” – tak ich nazwała. Oni nigdy nie  odpowiadają na uśmiech, spojrzenie w oczy, wyciągniętą dłoń. Spieszą się, by więcej mieć i zdążyć na czas. W biegu łapią pustkę wokół siebie, przytulają zimne dłonie do twarzy, żyją... Autobus! Uśmiechnęła się radośnie.  Wreszcie będzie ciepło...

Nie jest miła. Odwróciła głowę od zagadującej grzecznie kobiety. Zatopiła długopis w białej kartce. Chce być sama ze swoimi myślami. Nie jest miła, ale to nie ma żadnego znaczenia. Przecież wszyscy wiedzą, że nie umie żyć jako matka dzieciom, nie umie wybierać tego, co dla niej dobre, nie jest nawet przekonana o tym, że szczęście jest tam, gdzie go szuka. Ona tylko trwa, a może szczęście jest trwaniem?

Autobus zatrzymał się na dworcu, powoli wychodzi czekając spokojnie na swoją kolejkę. Potem tabudka telefoniczna. Codziennie obok niej przechodzi. Jej pierwsza myśl -”zadzwonić!”, druga -  „po co?” Wstrzymała odruch, który niegdyś był tak naturalny jak oddychanie. Czy to nie jest początek końca? Tyle ludzi, pociąg jak zawsze pękał w szwach. Czwarty dzień bez niego, znowu jak co dzień wracała z pracy. Czwarty dzień bez niego, a tu przecież trzeba żyć, trzeba coś zrobić, gdzieś pójść. Czwarty dzień bez niego, a ona nadal żyje. Wciąż brak oddechu. Za dużo, za dużo na nią jedną. Niewiadoma przygniata, otacza i boli. Bardzo boli. Chciałaby uciec w zapomnienie. Tak, tamten  zaczepił ją właśnie w pociągu. Był miły... Ciągle ma wrażenie, że kochają ją mężczyźni, których ona nie potrafi kochać. Zimno w tym pociągu, marzną ręce... Cichutko usiadła. Zajęła miejsce obok jakiegoś mężczyzny piszącego sms-a. Uśmiechał się do swoich myśli, do kogoś, gdzieś daleko. Cichutko skuliła się, skurczyła się w sobie, w nadziei, że przestanie istnieć, naprawdę... Zamknęła oczy,starała się przestać czuć. Głowa opadła na ramię mężczyzny siedzącego obok. Gazeta drgnęła w jego rękach, a ona nieświadoma oddychała głęboko, półotwartymi ustami... Była zupełnie gdzie indziej. Biegła, tak zupełnie bezmyślnie biegła wąskim korytarzem bez okien. Coraz dalej i dalej. Zupełnie bez sensu, ale nie mogła przestać biec. Ucieczka. Tak, to była ucieczka. Byle szybciej, byle prędzej. A nogi jak z waty uginały się nie chcąc dać sobą kierować, albo jak z ołowiu ciężkie, nieporadne, jakby należące do kogoś zupełnie innego, martwego, odlanego ze stali... To coś biegło za nią. Zbliżało się coraz bardziej. To przez te nogi! To one nie chciały się podnieść dość szybko... Już sięgnęła drzwi, będzie można je zatrzasnąć, przekręcić klucz i będzie bezpieczna. Drzwi! Już tuż, tuż, zdąży! Otworzyła, wpadła do środka i chciała je zamknąć. Nie mogła! To coś zbliżało się, było już prawie tuż za drzwiami, ale zdąży, da radę! Tylko te ręce! One nagle jakby sparaliżowane. Jeszcze ostatni wysiłek woli, ostatnie natężenie całego organizmu! Nie może, nie może wykonać żadnego ruchu. To koniec... Zbudziła się zlana potem, podniosła głowę z ramienia mężczyzny obok. Ze wstydem przeprosiła. Rozejrzała się wokoło. Zauważyła, że kilka twarzy było zwróconych w jej kierunku. Czyżby krzyczała? Jeszcze raz przeprosiła mężczyznę obok. Uśmiechnął się wyrozumiale. Zwróciła twarz w stronę okna pociągu i obserwowała niewidzącymi oczyma „uciakający świat”. Dlaczego biegła? Przecież to bez sensu. Przed sobą nie da się uciec. Nie da się schować przeszłości i zamknąć na czetry spusty milczenia w najdalszym kątku niepamięci. Nie da się i już! Powróci koszmarnym snem i ucieczką. Głupia! Nigdy nie będzie wolna. Żeby się uwolnić trzeba wywlec z siebie bez znieczulenia, spojrzeć w oczy, pokochać - a ona ucieka. "Tchórz" – pomyślała. "Ależ ze mnie tchórz". Ale przecież próbowała. Za ciężkie to, by unieść samej, a trzeba. Jak to wytłumaczyć, jak opowiedzieć? Przecież nikt nie zrozumie. Znowu usłyszy: "Masz wziąć się w garść! Nie możesz sobie pozwolić na takie wycieczki" „Tak, święte słowa” - pomyślała. Tymczasem ona znowu biegła. Rozedrgana i zaplątana myślami starała wziąć się w garść. „Wyjadę!” – myślała – „Zostawię wszystko i ucieknę na koniec świata. Schowam się by nikt mnie nie dostrzegł, odpocznę. Wreszcie odpocznę... Jak dziecko, ech, myśli jak dziecko, przecież ma obowiązki, odpowiedzialność i tyle na głowie. Nie, ten pociąg zawiezie mnie do domu, przytulę córkę, będzie dobrze. Wyśpię się wreszcie i uśmiechnę do życia, będę szczęśliwa...” Uśmiechnęła się do swojego odbicia w oknie. Znowu owładnęły nią myśli. "Jak zwykle" - myślała - "duma jak Telimena w „Świątyni Dumania”, tylko mrówek nie ma, ale to nie szkodzi." Uśmiechnęła się znowu. Tak właśnie wygląda dumanie kobiety w XXI wieku. Jest zupełnie inne, bo trzeba ugotować obiad, bo dzieci głodne i czeka cały kosz prania, bo znowu brak czystych spodni. Syn rano ubierze znowu te poplamione. Trzeba posprzątać, bo zachlapało się lustro i zbiła szyba w korytarzu. Na dodatek wczoraj zepsuł jej się samochód, a ona nie wie zupełnie gdzie go naprawić. Tak, dumanie w XXI wieku jest zupełnie inne...

Pociąg powoli zatrzymywał się na stacji. Pisk żelaznych kół przywrócił ją do rzeczywistości. Wysiadła z wagonu i przez chwilę oddychała głęboko. Teraz już lepiej. A jutro? Jutro będzie znowu poniedziałek...