zamyślenia
Za oknem słońce leniwie wznosiło się nad horyzontem. Kogut siedzący na spróchniałym płocie nerwowo zapiał, budząc mieszkańców pobliskiej wsi. Ptaki siedzące na zrębach dachów wzbiły się w powietrze słysząc głuchy lament kogucich strun głosowych. Brzdęk blachy każdego ranka oznajmiał przechodniom nadejście ciepłego pieczywa. Zapach chleba przenikał przez ściany, tuląc do siebie schorowane cząsteczki powietrza. Wskazówki zegara potykały się nieustannie, lękając się wysokości kościelnej wieży, która od lat była ich domem. Owy zegar od niepamiętnych czasów określał rytm życia Jana, który teraz wojskowym krokiem zmierzał do pracy. Spowity w służbowy mundur, z wąsiastym uśmiechem Stalina każdego dnia spacerował wzdłuż peronu, salutując maszynistom pociągów pod specjalnym nadzorem. Pamiętam jak dziś marną sylwetkę jego ciała, jego zżółkłe od tytoniu zęby, pewny krok i entuzjazm, jakim darzył życie. Pamiętam upór pana Jana, który ignorował grubiańskie pytania swoich kolegów po fachu...